Dzień bez diety, staram się jeść co 3 godziny i nie podjadać w międzyczasie, jednak, jak już się dobiorę do jedzenia to do pżeżarcia, zero hamulców, czuję się ciężka, boję się ważyć dziś było już 47,1 kg. Jeszcze tylko jutro… Jedzne, co poztecznego dyiś zrobiam to dorwaam się do roweru i wyjechaam w teren na sflaczazch oponach. Pół godziny mnie totalnie wykończyło brak kondycji ale czułam uda:) W tv widziałam urywek jakiegoś programu o odchudzaniu, gdzie mówili, że tłuszcz zaczyna się spalać po pół godziny wysiłku… A ja już po chwili wysiłku zdycham, a pół godziny jest dla mnie istną męczarnią i kresem wytrzymałości (do tego wysiłek musi być zmienny, raz większy raz mniejszy, żębym mogła odetchnąć) Spalenie tłuszczu wysiłkiem jest dla mnie ręcz niemożliwe… Lustro pokazało mi dziś figurę szkieletu z wielkimi udami i wypukłym brzuchem czyli okropność… Od poniedziałku walki ciąg dalszy.  Dopadł mnie znów katar, dobry pretekst aby kupić Sudafed i sprawdzić, jak działa na diecie.
Bilans dnia:
Spalacze: Eveline
Woda nie
z. herbata tak
Ćwiczenia: 30 min na rowerze (tym razem normalny rower)